Kiedy myślę o moich wycieczkach po Szwajcarii i rysuję „mapę” w wyobraźni, to mimo tego, że od niemal 4 lat niemało tutaj podróżuje, na tej mapie jest wciąż mnóstwo „białych plam”, których nie odwiedziłem. Jednym z takich miejsc był (do dzisiaj) Szwajcarski Park Narodowy, jedno z niewielu miejsc nie „ucywilizowanych” jeszcze tak, jak większość gór w tym kraju.
Rano standard, wczesna pobudka, dzban kawy i bieg na pociąg z Liestal, przez Zurych, Landquart do Zernez, bez większych niespodzianek (co jest ważne do odnotowania, bo niedawno mój pociąg „utknął” z powodu krów na torach…), do Zernez dojeżdżam nieco po 10 i od razu kieruję się w stronę szlaków.
Wycieczka zaczyna się od dość stromego, ale całkiem przyjemnego podejścia w lesie. Dopiero teraz widzę, jak w innych miejscach wszystko jest wykarczowane pod stoki narciarskie i pastwiska. Tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego – w parku narodowym panują podobne zasady do tych w Polsce (zakaz opuszczania szlaku, zakaz zbierania roślin itp), choć co dla mnie jest ważne – nie ma tych obrzydliwych taśm, jak np. W Bieszczadzkim Parku Narodowym, które ciągną się kilometrami szpecąc krajobraz…
Trasa jest dość przyjemna, choć wymagająca kondycji. Co ciekawe, szlaki ze Schweizmobil/Swissmobility nie pokrywają się z tymi w terenie – więc całe szczęście, że miałem mapę w telefonie. Szlak numer 45 którym szedłem w „oryginale” prowadzi przez Bellavista, gdzie skręcam za oznaczeniami, ignorując strzałki na numer 45 „Chamanna Cluozza”.
Kawałek za Bellavista szlak wychodzi poza las i w końcu zaczynają się widoki. Po lewej mam masyw Muraröl, po prawej okoliczne szczyty, a dookoła dzika natura i ledwo wydeptane szlaki – widać, że ten sezon się dopiero zaczął, a park narodowy ma dodatkowe obostrzenia i „szlabany”. Szlak wiedzie lekko w górę i jest dość przyjemny – nie ma ekspozycji.
Podejście pod sam szczyt Murtaröl jest odrobine bardziej strome, ale dalej bezpieczne – po odrobinie”wspinaczki” docieram na szczyt, z którego rozpościerają się piękne widoki na okolicę – z pewnością „punkt wycieczki” 🙂 Ale skoro weszło się na górę, trzeba też z niej zejść, a to może być lekko trudniejsze…
Zejście masywem w strone Bellavista jest momentami dość eksponowane, do tego stopnia, że prawdopodobnie jeszcze dwa lata temu bym zawrócił. Nie jest to nic strasznego, ale trzeba mieć się na baczności i ostrożnie stawiać kroki, bo upadek (szczególnie w lewą stronę) może być dość fatalny w skutkach. Po kilku „zawijasach” i dość nieprzyjemnych, gravelowych odcinkach (tych nie lubię najbardziej, bo bardzo prosto się poślizgnąć i zlecieć) dochodzę do lasu i już wiem, że jestem „w domu” – a przynajmniej tak mi się wydaję.
Od okolic Bellavisty do schroniska spodziewałem się bardzo „rodzinnego” szlaku, patrząc na liczbę rodzin z dziećmi na szlaku. Okazało się jednak, że był on nawet nawet 🙂 Było kilka miejsc, gdzie łańcuch by z pewnością nie zaszkodził, ale możliwe, że jeszcze nie zdążyli ich założyć na ten sezon – kilka osuwisk wyglądało na dość świeżę i szlaki były dość strome i nieprzyjemne. Ale co zrobić, trzeba iść. Po drodze uzupełniam wodę w okolicznym źródle – co warto wspomnieć, chyba jednym, które widziałem tego dnia!
Dalej szlak prowadził dość przyjemnie przez las w dół do „mostku” nad strumieniem, a potem szybkie podejście i jestem w Chamanna Cluozza – schronisku w Szwajcarskim Parku Narodowym, skąd jutro rozpocznę swoją wędrówkę w kierunku Il Fuorn, a może i dalej…
Całość z przerwami zajęła mi niecałe 5 godzin, podczas których pokonałem 15km i 1250m przewyższenia.
Wariant skrócony – zamiast skręcać w Bellavista/Murtaröl, można iść prosto do schroniska, oszczędzając sporo przewyższenia i drogi 🙂
Linki
- Strava – https://www.strava.com/activities/9289557521
- Szlak 45 – https://schweizmobil.ch/en/hiking-in-switzerland/route-45



































