Archives

Tagi

Capanna Monte Bar

Macie czasami tak, że chodzi za Wami taka “umiarkowana” przygoda, kiedy trochę byście pochodzili (ale nie za dużo), spędzili czas w ciekawym miejscu, zobaczyli zachód i wschód słońca? Mam dla Was kapitalne miejsce. Capanna Monte Bar jest szwajcarskim schroniskiem dość “wysokiej” jakości (niedawno odrestaurowane) z przepięknym widokiem na jezioro Lugano i okoliczne góry, z widokiem sięgającym nawet do Matterhornu! Przy tym jest dalej na tyle mało popularne, że spokojnie udało mi się obejrzeć w kameralnej atmosferze zarówno zachód, jak i wschód słońca z pobliskiego szczytu – Monte Bar, około 20 minut od schroniska. Zaczynamy!

W sobotę zebrałem się dość późno z mieszkania w Liestal i ruszyłem pociągiem do Ticino, gdzie planowałem swoją wycieczkę. Po trzech przesiadkach i 4 godzinach jazdy, dotarłem w końcu do przystanku “Corticiasca, Paese”, skąd zaczął się mój hike. I wyjątkowo, opis nie będzie zbyt długi 😀 Mimo tego, że jest początek lutego, śniegu praktycznie nie było. Trasa była prosta i krótka – już po 3 kilometrach i około 600m przewyższenia byłem w schronisku! Nagrodziłem się za ten nieziemski wysiłek solidnym obiadem 🙂

Po dłuższej przerwie i zostawieniu plecaka w pokoju, ruszyłem na szczyt pobliskiej góry – Monte Bar, skąd obejrzałem zachód słońca – choć śniegu nie było za wiele, to temperatura na skutek wiatru szybko przepędziła mnie z powrotem do schroniska. Tak spotkałem dwie dziewczyny z Polski – A. I K., które wybrały się na “przygodę życia” (XD) czyli noc w Szwajcarskim schronisku. I muszę im przyznać rację – dla ludzi szukających ciekawych miejsc do odwiedzenia, górskie schroniska mają bardzo dużo do zaoferowania – szczególnie tak “dopieszczone” jak Capanna Monte Bar 🙂

Rano, po dość wczesnej pobudce – poszliśmy z A. I K. Na wschód słońca, znowu na Monte Bar 🙂 I muszę powiedzieć, że każdemu polecam to przeżyć w swoim życiu co najmniej raz – widok promieni słonecznych powoli wyłaniających się zza szczytu pobliskiej góry, oświetlający okolicę. Bajka! Do tego oddalona od schroniska o około kilometr drogi i 200 metrów przewyższenia – dystans do przeżycia niemal dla każdego 😉

Po tak rozpoczętym dniu, wróciliśmy do schroniska na śniadanie, po którym rozeszliśmy się w swoje strony – A. I K. Na parking, ja z kolei wyrównać rachunki z dawno niewidzianą znajomą… Gazzirolą, spod której zawróciłem około półtora roku temu z powodu dużej ilości śniegu. Tym razem również nie zapowiadało się, że obędzie się bez walki…

Na początek wyznaczyłem “swoją” trasę w kierunku Cima Moncucco – bo oryginalny szlak wiedzie przez Monte Bar, na który nie mialem ochoty wchodzić po raz trzeci w ciągu 12 godzin 🙂 Polecam jednak wybrać jedną z normalnych dróg, bo finalnie musiałem szukać zejścia przechodząc przez jakieś krzaki 😉 Jedyne, co mnie niepokoiło, to bardzo silny wiatr.

Kawałek za Cima Moncucco w stronę Gazziroli spotkałem kolejnego podczas tego wyjazdu rodaka – M., mieszkającego w okolicy od ponad 10 lat, który potwierdził moje obawy: na szczycie bardzo mocno wieje, ale z drugiej strony – nie jest bardzo ślisko, więc przy zachowaniu ostrożności, można spokojnie przejść w kierunku Passo San Lucio. Przełęcz ta jest o tyle ciekawa, że znajduje się na niej nie jedno, ale aż dwa schroniska – po jednym po Włoskiej i Szwajcarskiej stronie 🙂 Mimo lekkich wątpliwości, postanowiłem kontynuować wycieczkę – warunki nie wydawały mi się aż tak złe, żeby zawrócić, ale podjąłem pewne kroki w celu “zabezpieczenia” wejścia.

Po pierwsze, szlak prowadził w pobliżu grani, więc wiało tam o wiele mocniej niż “poza” nim – wybrałem więc trasę “na azymut”, trawersując zbocze od strony zawietrznej. Po drugie, kawałek przed szczytem postanowiłem założyć raczki – choć śnieg wydawał się dość stabilny i mniej śliski, niż się obawiałem, to dobrze jednak być bardziej, niż mniej ostrożnym 😉 I po trzecie – postanowiłem poczekać, aż wiatr zacznie wiać trochę słabiej, i wtedy ruszyć bez zbędnych przerw przez długą grań Gazziroli.

Po “zaliczeniu” szczytu okazało się, że jest dużo lepiej, niż się spodziewałem – grań była bardzo szeroka i ani przez moment nie czułem się “zagrożony” upadkiem z wysokości 🙂 Spokojnie przemierzając kolejne metry zbliżałem się do krzyża na jednym z wierzchołków Gazziroli – co ciekawe, nie jest to najwyższy punkt góry, bo ten mija się na samym początku idąc od Monte Bar – po prostu w tym miejscu komuś ten krzyż pasował najbardziej 🙂 Okolica bardzo przypominała mi moje ukochane Bieszczady – czułem się trochę jak na Bukowym Berdzie lub Połoninie. Kawałek za “szczytem z krzyżem” jest nieczynne schronisko Rifugio Gazzirola, od którego do wspomnianej wcześniej przełęczy Passo di San Lucio jest tylko rzut beretem 🙂

W schronisku Rufugio San Lucio (po włoskiej stronie) zatrzymałem się na szybki obiad – koniecznie spróbujcie polenty, gdy będziecie w okolicy! A po przerwie zacząłem dość długie zejście do Bogno – znałem już “normalną” trasę, więc poszedłem całkiem na około, ciesząc się z pięknej pogody i słonecznego dnia.

Tym razem bez podawania dystansu, czasu i przewyższenia – przez dwukrotne wchodzenie na Monte Bar i wycieczkę “dookoła” Bogno liczby były mocno zawyżone 🙂