Archives

Tagi

Mönchsjöchhutte – Konkordiahutte – Bettmeralp

Czasami najlepsze pomysły są jednocześnie tymi najgłupszymi. Jak bardzo niemądrym trzeba być, żeby po całym tygodniu spędzonym na wysokości „domowej” (około 350mnpm), pojechać do jednego z najwyższych schronisk w alpach? Cóż, kto mnie zna, ten wie, że dość często powtarzam, że jestem beznadziejnie głupi, więc to tylko potwierdziło moje słowa 🙂 Zaczynamy!

Tą wycieczkę planowałem od dość dawna, czyli od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem lodowiec Grosser Aletschgletscher. Na stronie internetowej Aletsch Arena wypatrzyłem pierwszy pasujący mi termin na trek Jungfraujoch – Konkordiahutte – Marjelensee i pomyślałem: a gdyby tak pojechać dzień wcześniej i zobaczyć Jungfraujoch, ale też przespać się w Mönchsjöchhutte, czyli najwyższym „zamieszkałym” schronisku w Alpach? (Nie wiem, jak lepiej można przetłumaczyć „guarded hut” – bo „pilnowane” nie do końca oddaje fakt życia w schronisku 😉 ) Sprawdziłem miejsca na piątek poprzedzający trek do Konkordiahutte i… jest, są wolne miejsca. Zarazerwowałem więc łóżko nie myśląc zanadto nad takimi przyziemnymi rzeczami jak… aklimatyzacja.

W piątek urwałem się z pracy około 12 i wsiadłem do jednego z moich ulubionych pociągów, który zabrał mnie z Liestal do Interlaken. Dalej przesiadka do stacji Grindelwald Terminal i po chwili byłem już w wagoniku gondoli jadącej na Eigergletscher – stacji, którą dość dobrze znam z zimy i jeżdżenia na nartach, jednak był to chyba mój pierwszy raz tam w lecie. I na pewno jeszcze tam wrócę, bo widoki były piękne, a była to dopiero „rozgrzewka”. Po 45 minutach czekania na pociąg na Jungfraujoch, w końcu przyjechał. Po drodze był krótki „postój” na podziwianie widoków i niedługo później przywitała mnie horda turystów na górnej stacji Jungfraujoch.

Musicie wiedzieć, że jest to chyba najważniejsza atrakcja turystyczna regionu, o ile nie jedna z najważniejszych w całej Szwajcarii. Co roku setki tysięcy (o ile nie bliżej miliona!) turystów odwiedza to miejsce, koszonych hasłem „top of Europe” – jest to niewątpliwie pewnego rodzaju „szczyt” Europy – a na pewno najwyżej położona stacja kolejki 😀 Jako, że za turystami w takiej ilości nie przepadam, szybko odnajduje to, co mnie interesowało najbardziej – drogowskaz do Mönchsjöchhutte. Mimo tego, że schronisko znajduje się na 3656mnpm, prowadzi tam prosty, łagodny szlak, który jest ratrakowany!

Po odnalezieniu wyjścia we właściwym kierunku, odpalam zegarek i idę w stronę przełęczy, na której jest schronisko. Widok jest nieziemski – chmury nad Jungfrau i innymi okolicznymi szczytami tworzyły niesamowity spektakl, a ja szedłem powoli przed siebie – nie tylko dlatego, że podziwiałem widoki, ale też z powodu… braku tlenu. Byłem bardzo mocno zdziwiony tym, jak ciężko mi się oddycha – ale czego innego mogłem się spodziewać, nie robiąc żadnej aklimatyzacji!?… Szlak do schroniska powinien zająć 45 minut, mi z przerwami na fotki zajęło to około 50 – i uwierzcie, to nie było 50 minut spokojnego „spacerku”, tylko urywanego oddechu i zapadania się w kopnym śniegu 🙂

Po dotarciu do schroniska chwilę spędziłem na rozmowach z ludźmi przy stoliku. Znowu, nie wiem czy spotkałem kiedyś „dziwnych” ludzi w tego typu miejscach – zazwyczaj wszyscy są przyjaźni, a czas mija na rozmowach o podróżach, wędrówkach i… innych schroniskach 😀 Tym razem dosłownie, bo razem z towarzyszem ze stolika dorwaliśmy album „Wszystkie schroniska Swiss Alpine Clubu” i wymienialiśmy się doświadczeniami i uwagami na temat poszczególnych schronisk.

Noc nie minęła spokojnie. Ból głowy i uczucie niepewności, czyli objawy choroby wysokościowej, nie dawały mi skutecznie spać do około 1 w nocy. Wtedy, kiedy w końcu udało mi się zasnąć, zaczęły dzwonić budziki pierwszych alpinistów – w zależności od planowanego szczytu, śniadania byłī rozpisane na 3, 5 i 6:30 – gdzie ostatnia grupa to „turyści” tacy jak ja. Na śniadaniu – „niespodzianka” – alpiniści zjedli nam cały ser i szynkę, więc zostało nam musli, chleb z dżemem i kawa/herbata. Średni początek dnia, ale co zrobić 🙂 Po śniadaniu aura nie była zbyt przyjemna i do Jungfraujoch wróciłem idąc w chmurze. Tam jednak, jako, że byłem bardzo wcześnie, przywitały mnie pustki, więc spędziłem dobre półtorej godziny na zwiedzaniu zazwyczaj zatłoczonych tuneli tego przybytku. I bardzo Wam takie podejście polecam, bo mogłem spokojnie oglądnąć wszystkie ekspozycje bez tłumów 🙂 Po zwiedzaniu usiadłem w jedynej otwartej kawiarni i zjadłem małe drugie śniadanie, czekając na przewodnika i resztę grupy.

Wymarsz mieliśmy zaplanowany na godzinę 11, ale już od 10 zaczęło być tłoczno. Okazało się, że byliśmy jedną z bodajże 10 grup, które tego dnia szły z Jungfraujoch do Konkordiahutte, a każda grupa liczyła od 6 do 12 osób… więc, biorąc pod uwagę tylko „wędrowców” – dość sporo jak na dość małą kawiarnię. Dość szybko odnalazłem dziewczyny, z którymi tego dnia byłem w grupie, a około 11 pojawił się przewodnik i wyszliśmy na zewnątrz, żeby zrobić odprawę. Szybkie sprawdzenie sprzętu, związanie liną (dostałem „zaszczytne” ostatnie miejsce, bo „wyglądam na takiego, co chodzi po górach” 😀 ) i możemy ruszać!

Dominik, nasz przewodnik, szedł na przedzie, za nim 4 dziewczyny – Lea, Sybille i 2 panie, których imion nie pamiętam, i ja. Fajna, mała grupa, biorąc pod uwagę, że niektórzy przewodnicy brali po 10 osób. Na początku zejście po lodowcu przykrytym śniegiem – tutaj przerwa między ludźmi w zespole musi być dość długa, żeby w przypadku wpadnięcia do szczeliny zamortyzować upadek. A szczelin było od groma, tyle, że… przykrytych śniegiem. Niedługo przed wycieczką kupiłem okulary „lodowcowe” bez polaryzacji i była do bardzo dobra inwestycja – na szczelinach śnieg odbija światło inaczej, niż poza nimi, dzięki czemu łatwiej je wypatrzeć. Niemniej, czasami po prostu trzeba zrobić bardzo długi krok, albo je przeskoczyć (co przy związaniu liną wcale nie jest takie proste!). Droga mija nam jednak dość przyjemnie na rozmowach, robieniu zdjęć, „ściganiu” się z innymi grupami (i krzyczeniu ATTACK! Przy wyprzedzaniu lub byciu wyprzedzanym 😀 ), ale też opowiadaniu o lodowcu. Dominik wychował się niedaleko (w Riedelalp) i bez wątpienia jest ekspertem, który bardzo lubi dzielić się swoją wiedzą.

Dalej, krajobraz zrobił się iście księżycowy. Bardzo ciężko jest opisać lodowce komuś, kto nigdy wcześniej ich nie widział i sam przed przyjazdem do Szwajcarii wiedziałem tyle, że one „są”, że się „topią” i że są „dość dużej”. Jak duży jest jednak lodowiec? Największy lodowiec w Alpach, Grosser Aletschgletscher, ma około 25 kilometrów długości. Szerokość? Pewnie do kilku kilometrów. W najgrubszym punkcie ma około 800-900m głębokości! Przemierzanie lodowca ciężko więc porównać do czegokolwiek innego, nie tylko z powodu krajobrazu, ale i samego uczucia chodzenia po takim lodzie. Po dotarciu do Konkordiaplatz (miejsca, gdzie 3 lodowce się „spotykają” tworząc pewnego rodzaju plac), została nam ostatnia część podróży na ten dzień – długa i dość uciążliwa droga „w górę” po tak zwanym „lodowcowym testamencie” – metalowych schodach wydłużanych każdego roku z powodu topniejącego lodowca. Około 150 lat temu, różnica poziomów między lodowcem a schroniskiem to było koło 50m. Teraz między 150 a 200m, z tym, że zdaniem wszystkich – w ostatnich latach topi się szybciej. Dlatego… Jeśli chcecie zobaczyć lodowce albo pokazać je Waszym dzieciom, nie zwlekajcie zbyt długo. Za 20-30 lat będzie ich dużo mniej, a za 50 może ich już w ogóle nie być (nie mówiąc już o tym, ile schodów do Konkordiahutte będziecie musieli pokonać!)

Schody minęły dość powoli i spokojnie – mój lęk wysokości dawał o sobie trochę znać, ale bez tragedii. Jak już kiedyś pisałem, moim sposobem na to jest pełne skupienie na „zadaniu”, czyli wejściu, i niepatrzenie w dół. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jeśli grupa przystaje raz za razem (mieliśmy kilka osób słabszych kondycyjnie – ale przez to, kiedy oni odpoczywali „na platformie” łączącej dwa segmenty schodów, ja cały czas na nich byłem, bo nie było dla mnie miejsca 😀 ). Potem jednak widok ze schroniska wynagradzał wszelkie trudy – widok na Konkordiaplatz, Jungfrau, Jungfraujoch, Aletschhorn i inne góry dookoła jest ciężki do opisania słowami, dlatego pozwolę sobie przerwać swój opis tutaj i po prostu pokazać kilka zdjęć 🙂

Wieczór w schronisku minął ponownie na rozmowach (oczywiście o górach), jednak tym razem już obyło się bez wysokościowego bólu głowy – schronisko jest położone dużo niżej, niż Mönchsjöchhutte 🙂 Bardzo dobrze zgadałem się z Leą i Sybille, które w zimie pracują u naszego przewodnika w Riedelalp – i obiecałem, że na pewno w zimie je tam odwiedzę, bo jest tam kilka ciekawych szlaków na rakiety śnieżne, nie wspominając o stokach narciarskich. Po kolacji wieczorna porcja zdjęć zachodu słońca, rozmowy i… przygotowanie do snu, bo następnego dnia mieliśmy śniadanie o 5 rano.

Rano szybkie śniadanie (tym razem nie zabrakło nam niczego 😉 ), kawa, zbieranie się i ruszyliśmy w dół. Tym razem nie schodami, tylko „okrężnym” szlakiem, który był dość stromy i miejscami wyposażony w liny i łańcuchy. Na pewno to zejście budziło lepiej niż kawa 🙂 I osobiście wolę takie odcinki po tym, jak się „rozgrzeję”, ale cóż – tutaj nie ma za bardzo wyboru tylko się idzie 🙂 Tym razem dłuższą chwilę szukaliśmy „wejścia” na lodowiec i po założeniu raków (bo liną związaliśmy się wychodząc ze schroniska) – ruszyliśmy w kierunku Marjëlensee. Tym razem krajobraz był bardziej „surowy”, nie było już śniegu, tylko lód, kamienie, lodowcowe rzeki i szczeliny. Te ostatnie są na prawdę przerażające, biorąc pod uwagę, że niepozorna szczelina którą mijaliśmy miała około 120m głębokości (wrzuciliśmy tam kamień, spadał 5 sekund, przyspieszenie ziemskie to w przybliżeniu 9.81m/s^2, wzór na drogę to at^2/2, matematykę zostawiam wam 🙂 ) Zrobiliśmy też kilka przerw na lodowcu na drugie śniadanie i podziwianie widoków. Dominik zapowiedział, że ostatnia część wyprawy po lodowcu będzie „ciekawa” – i bez wątpienia taka była.

Skróciliśmy znacznie odstępy między osobami w zespole (przy widocznych szczelinach ważniejsze jest zareagowanie szybko, a nie „amortyzacja”) i powoli przemieszczaliśmy się pomiędzy szczelinami. Doświadczenie naszego przewodnika objawiało się chociażby w tym, że… przepuściliśmy inną grupę przed nami, żeby ich przewodnik przygotował „schody” czekanem 😉 Niemniej, w takich miejscach mimo takich ułatwień trzeba zachować najwyższe skupienie i uważnie stawiać kroki, bo jedno potknięcie może oznaczać dość nieprzyjemny upadek… Po pokonaniu najbardziej wymagającej części, zostało nam już tylko „zejście” z lodowca (tym razem dużo prostsze) i… prawie jesteśmy w domu! Od lodowca czekało na nas dość proste podejście do Marjelensee, w którym po krótkiej namowie też biorę orzeźwiającą kąpiel – i było to zdecydowanie to, czego potrzebowałem 😉

Od jeziora reszta szlaku prowadziła ponadkilometrowym tunelem (na tyle szerokim, że musieliśmy w nim przepuścić auto), a potem prosty hike do Fiescheralp, gdzie czekała na nas żona Dominika z dziećmi i gdzie „oficjalna” część wycieczki się kończyła. Zostałem z całą grupą na obiad, a potem „na wykończenie” zdecydowałem się na lekkie przedłużenie wycieczki i spacer prostym, ale niezwykle pięknym szlakiem do Bettmeralp, gdzie zakończyłem wycieczkę 🙂

Tym razem bez „podsumowania” ile godzin, przewyższenia i kilometrów, bo w sumie na Stravie mam 4 aktywności, plus niezarejestrowany odcinek z Fiescheralp do Bettmeralp 😀 Jeśli jednak będziecie planowali podobny hike w przyszłości, musicie być gotowi na kilkugodzinny hike z plecakiem o umiarkowanym stopniu trudności (plus być gotowym na trochę ekspozycji na schodach do schroniska i niektórych szczelinach…).

P.S. Pod tą „galerią” jest jeszcze jedna, ze zdjęciami od Lei!

A tutaj obiecana galeria ze zdjęciami od Lei: