Archives

Tagi

Chamanna Jenatsch – Alp d’Err

To był kolejny dzień, który spokojnie mógłby zostać podzielony na kilka części, zarówno pod kątem widoków, jak i dystansu i przewyższenia 😀 Rano po dość spokojnym śniadaniu dzień rozpoczął się delikatnego zejścia, żeby potem podejścia uderzyły z pełną mocą.

Na pierwszy ogień – podejścia po morenie przy resztkach lodowca Vadret d’Agnel. Tam też spotkałem jedyne tego dnia (i pierwsze od dawna) stado muflonów (ibex’ów), które znikąd pojawiły się za plecami moich i czwórki turystów, którzy szli kawałek przede mną. Potem krótka sesja zdjęciowa jeziora polodowcowego i czas na pierwszą przełęcz tego dnia – Fuorcla d’Agnel.

Podejście z daleka wyglądało dość groźnie, jednak co znowu mnie zaskoczyło – obyło się praktycznie zupełnie bez ekspozycji. Było kilka momentów, gdzie trzeba było użyć rąk, ale jak na stromość tego podejścia – zupełnie bez tragedii! Momentami wyglądało to trochę tak, jakbyśmy mieli się wspinać pionową ścianą, ale wtedy nagle pojawiała się ścieżka przez kamienie, która pozwalała powoli przemieszczać się do przodu. Widok z przełęczy zdecydowanie wynagrodził pierwsze 400m podejścia na 3km od schroniska – dolina Val d’Agnel stała otworem, a za nią piętrzyły się śnieżnobiałe chmury.

Zejście z przełęczy nie należało ani do tych specjalnie trudnych, ani długich. Ot, w miarę prosty szlak z jednym lub dwoma momentami, gdzie trzeba było sobie pomóc przy użyciu rąk. W dole doliny zrobiłem sobie krótka przerwę na drugie śniadanie i podziwianie krówek, których było tam całe mnóstwo.

To, co uwielbiam w przełęczach to fakt, jak dzielą różne światy, które są tak odrębne. Jak drzwi do Narnii, najpierw tego dnia z księżycowego krajobrazu przed Fuorcla d’Agnel w cudownie zieloną Val d’Agnel, tak i tym razem, po kosmicznym i surowym krajobrazie Fuorcla Digl Leget, zejście rozpoczęło się od strumienia, a niedługo potem moim oczom ukazała się… Irlandia. Co prawda nigdy tam nie byłem, ale podobno jest zielono, i to bardzo. I tak właśnie było po zejściu do Val da Naton.

Kolejna przełęcz (Kanonensattel) minęła nawet niezauważenie, bo w moich myślach była już tylko przerwa na obiad w Alp Flix. Po zejściu po dość śliskim, trawiastym szlaku, trafiłem na w miarę cywilizowaną drogę, która doprowadziła mnie do Alp Flix – końca drugiego etapu Swiss Alpine Passes (numer 6 Swissmobility). Tam, po krótkiej przerwie na lokalne specjały (swoją drogą – dość nieprzyjemnie się przekonałem, żeby nie próbować lokalnych specjałów podczas 25km hike’u, jeśli ich przedtem nie sprawdzałem…) – ruszyłem dalej, a droga dłużyła się niemiłosiernie.

Droga z Alp Flix do Alp d’Err była dość prosta, jednak na horyzoncie pojawiło się sporo deszczowych chmur, więc… trzeba było pocisnąć 😉 Co mnie mocno zdziwiło – kolejna przełęcz (której nazwy nie potrafię zlokalizować na mapie) była bardzo długa i kiedy już myślałem, że czeka mnie droga prosto do noclegu – okazało się, że została mi jeszcze jedna przełęcz… Furschela da Colm. Ale potem na szczęście już tylko droga w dół po pięknych, trawiastych zboczach Castalegns. Potem już tylko kawałek szutrową drogą i oto jest mój nocleg – agroturystyka Alp d’Err.

Całość z przerwą na obiad zajęła mi około 8 godzin, podczas których pokonałem niecałe 25km i ponad 1300m w górę (i 1800 w dół). Plan na jutro to dalszy ciąg szlaku numer 6 🙂