Po wczorajszym, bardzo długim hike’u, moje nogi dość mocno dawały znać, że chciałyby trochę odpocząć. Niestety, profil trasy z Auserferrera do Splugen na lekki nie wyglądał, więc dobrze wiedziałem, że będzie “piekło”, ale nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo.
Noc w hostelu minęła dość spokojnie – spotkałem nawet trochę rodaków (okazało się, że “Magic Wood” w Auserferrera to jedna z najbardziej popularnych miejscówek do wspinania w Europie!), a rano po szybkim śniadaniu, ruszyłem na szlak. I zaczęło się od razu konkretnie. Według opisu na Swiss Mobility, na długości 1.5km zyskuje się ponad 550m przewyższenia – średnie nachylenie 30%! To był potężny łomot dla moich zmęczonych nóg, ale nawet “na świeżo” byłoby to bolesne doświadczenie…
Co warte wspomnienia, mimo tego, że nachylenie było konkretne, to szlak był bardzo bezpieczny i prowadził przez las, który chronił mnie tego dnia przed deszczem Po dotarciu do Alp Nursera, nie było ani czasu, ani warunków na przerwę – padało coraz mocniej. Przeszedłem kawałek dalej i schowany w lesie, zjadłem szybkie drugie śniadanie przed ostatnim podejściem.
Dalej nie było już tak dużo pod górę, szlak się “wypłaszczył”, a nawet udało się na chwilę złapać trochę widoków wychodząc ponad chmury. Problemem pozostał jednak mokry szlak, który usłany był śliskimi kamieniami i kałużami. Sytuacje znowu ratowały kijki trekkingowe – bez nich na pewno byłoby kilka “gleb”!. Musiałem bardzo mocno zwolnić tempo i za każdym razem szukać “stabilnych” punktów podparcia, żeby wycieczki nie zakończyć wywrotką. Na szczęście już wkrótce znowu szlak zszedł do lasu, gdzie zamiast kamieni była przyjemna ścieżka, choć momentami dość stromo prowadząca w dół.
Reszta trasy minęła dość spokojnie – było raz pod górkę, raz z górki, przez las, kamienie i trawy. Miłym urozmaiceniem był mostek nad rwącym strumieniem, gdzie zatrzymałem się na dłuższą chwilę, żeby trochę odpocząć. Ostatni punkt postojowy na trasie zrobiłem przy Rosschopf, gdzie po drugim tego dnia “drugim śniadaniu” (tym razem dłuższym, bo w końcu nie padało!) ruszyłem dalej, w kierunku jeziora Sufnersee, skąd dalej prosty szlak zaprowadził mnie do Splugen.
Choć początkowo planowałem tego dnia zrobić jeszcze spory kawałek szlaku, przemoczone buty i spodnie skutecznie mnie odwiodły od tego pomysłu. Ale dzięki temu mam po co wracać do Splugen – zostało mi w tej okolicy kilka przełęczy do zaliczenia, i na pewno wrócę już wkrótce…
Na dziś to koniec przygód ze szlakiem numer 6 – ale zamierzam na niego wrócić jeszcze w tym roku!



















