Wstęp
Znowu minęła dłuższa chwila od ostatniego wpisu – nie ukrywam, mam trochę “kryzys twórczy” i zastanawiam się, jak dalej kontynuować bloga. Prawdopodobnie trochę zmieni on formułę, opisy będą krótsze, ale za to będzie więcej zdjęć. Zobaczymy, jak wyjdzie, tymczasem – Dutch Mountain Trail!
Zacznijmy od początku. Dlaczego Dutch Mountain Trail? Rok temu, robiąc “Pjoter’s Haute Route 2.0 Champery / Cervinia”, spotkałem fantastyczną Dunkę, Brechje, która wspomniała o tym szlaku. Pomysł kiełkował w mojej głowie, a gdy na horyzoncie pojawił się długi weekend w maju… Skoro w Alpach zalega mnóstwo śniegu, dlaczego nie spróbować? Z resztą, kiedyś trzeba przewietrzyć namiot 😉
Organizacyjnie, standardowo – nic nie miałem ogarnięte do dnia wyjazdu. No dobra – spakowałem się dzień wcześniej w 32 litrowy plecak (z namiotem, śpiworem, karimatą, palnikiem i jedzeniem!) i liczyłem trochę na ogarnięcie spraw w pociągu. Na szczęście Deutsche Bahn zadbało o odpowiednie opóźnienie pociągu, żebym mógł planować dłużej 🙂 Po około 8 godzinach jazdy i 3 przesiadkach, dojechałem do Maastricht, gdzie spotkałem wyżej wspomnianą Brechje i poszliśmy spać – kolejnego dnia czekała nas konkretna trasa…
Dutch Mountain Trail - Geneza
Dobra, ale od początku – skąd w ogóle wziął się Dutch Mountain Trail!? W 2019 roku podczas Holenderskiego Festiwalu Filmów Górskich grupa zapaleńców wpadła na pomysł utworzenia Holenderskiego Szlaku Górskiego. Zgodnie z opisem z ich strony, być może brzmi to nieco ekstrawagancko, ale ten wymagający 101-kilometrowy szlak łączy siedem najwyższych szczytów w kraju – wszystkie o wysokości powyżej 150m. “Alpejskie łąki, zalesione zbocza, bulgoczące strumienie, skalne ściany i spektakularne widoki po drodze dają miłośnikom trekkingu smak gór.” – czy ten opis by Was nie przekonał, żeby rzucić wszystko i wyjechać… do Maastricht?
Trasa
Pierwszego dnia zaczęliśmy “rozgrzewkowo” – najpierw 3-4km do centrum Maastricht na kawę, następnie na pierwszy na naszej liście “szczyt” – Sint Pitersberg o zatrważającej wysokości 171m nad poziomem morza (prawdopodobnie 99% czytelników tego bloga w tym momencie jest znacznie wyżej 😀 ). Było tam bardzo pięknie, tylko… Mało było widać przez wszechobecną mgłę 😀 Dalej, planowaliśmy dość do Gulpen (mniej więcej 55km od Maastricht), jednak finalnie wylądowaliśmy jakieś 15km wcześniej i zajęło nam to sporo czasu, bo… Szlak jest niemalże kompletnie pozbawiony znakowania. Oznacza to w praktyce tyle, że bez wgranego “tracka” GPS jest bardzo ciężko. My mieliśmy przewodnik, jednak szliśmy w przeciwnym kierunku od “oryginalnego” szlaku, więc błądziliśmy niemiłosiernie… Niemniej, po około 40km dotarliśmy do Heijenrath i podjęliśmy decyzję, że na dziś wystarczy 🙂 Po spróbowaniu naleśników w pobliskiej restauracji (podobno typowo holenderskich), złapaliśmy busa do Maastricht, żeby oszczędzić na noclegu.
Drugi dzień był cięższy od samego początku – o ile we czwartek wiedzieliśmy, że będziemy spać w Maastricht i nie musiałem brać namiotu, to w piątek ja planowałem zostać na campingu, a Brechje wracała do siebie. Tak więc, z dodatkowymi kilogramami, około 9 rano zacząłem wędrówkę w kierunku Vaals, gdzie planowałem się przespać przed ostatnim odcinkiem szlaku prowadzącym do Eygelshoven. Po drodze spotkałem Brechje, która postanowiła odpocząć po wczorajszym, długim dniu. Zaliczyliśmy wspólnie najwyższy szczyt Holandii – Vaalserberg o wysokości 322m 😉 i zeszliśmy do Vaals, gdzie ona wsiała do autobusu do domu, a ja… poszedłem kolejne 5km na pole namiotowe, kończąc dzień ze swoim nowym “rekordowym” dniem, pokonując 45km.
Ostatni odcinek z Vaals do Eygelshoven był dość ciężki. Nigdzie po drodze nie było miejsca, gdzie można byłoby uzupełnić wodę, co przy temperaturze powyżej 25 stopni i ciężkim plecaku było mocno uciążliwe. Do tego było jak wcześniej – mało znakowania, a do tego mocno “industrialne”. Zrozumiałem, dlaczego szlak idzie oryginalnie w przeciwnym kierunku – zaczyna się od “ciężkiego” nike’u po miejskich obrzeżach, żeby wejść w “prawdziwe” góry 🙂 Niemniej, po około 30km i zaliczeniu ostatniego szczytu trasy – Wilhelminaberg (225m) – zakończyłem 4 odcinkowy szlak w ciągu 3 dni 🙂 Potem już tylko powrót do Maastricht, wycieczka do Eindhoven, spotkanie z długo niewidzianymi znajomymi w Amsterdamie i plan “Majówka na Dutch Mountain Trail” został w pełni zrealizowany!
Podsumowanie - czy warto?
Wielu z Was się pewnie zastanawia – Pjoter, co Cię podkusiło, dlaczego Dutch Mountain Trail (DMT), przecież oni tam nie mają gór! Racja, ale… ile osób znacie, które przeszły DMT?! No właśnie, to teraz już kogoś znacie 😀 I potwierdzam, on istnieje, i jest “pagórkowato” – wyszło zaskakująco dużo przewyższenia jak na Holandię. Powód? Szlak tworzyła grupa pasjonatów, której bardzo zależało na maksymalizacji wzniesień 🙂 Ta misja została zakończona sukcesem! I patrząc na to, ile ludzi spotkałem na szlaku – odnieśli też sukces marketingowy, bo niemal każda spotkana osoba dzierżyła w ręku charakterystyczny przewodnik (i narzekała bardzo głośno i dosadnie na znakowanie szlaku…)
No właśnie, znakowanie… Po przejściu 118km i 2243m przewyższenia w 3 dni, jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić, to właśnie znakowanie. Nawet nie tyle, co przyczepić – brak jakichkolwiek wskazówek, gdzie iść, był niesamowicie frustrujący i psuł całą radość z wycieczki. Miłośnicy biegów (albo maratonów/ultramaratonów) na orientacje być może byliby zachwyceni, ale dla zwykłego górskiego chodziarza takiego jak ja… Nie lubię chodzić po górach z nosem w przewodniku, chciałbym móc cieszyć się naturą! Dlatego jeśli planujecie robić ten szlak, to polecam zaopatrzyć się w tracka GPS i dokładnie sprawdzić mapę przed wycieczką – zabierzcie odpowiednią ilość wody!
P.S. Wiele osób uważa, że Holandia jest płaska jak naleśnik – tym osobom szczególnie polecam ten szlak 🙂



























